Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekendowa grupa wsparcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekendowa grupa wsparcia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2009

WRESZCIE PO RAZ ÓSMY!!!!!!

Ha. Udało się! A znów się nie zanosiło... najpierw kalendarz nie sprzyjał bardzo, potem pogoda w sobotni poranek okazała się być lekko beznadziejna.... co w rezultacie wyszło nam na dobre. W końcu to jednak Ania dowlokła się do mnie, a ja w oczekiwaniu na nią zainstalowałam nawet office i open office i proofingi w tymże... W sumie wyszło całkiem produktywnie. Przeczytałam do końca Fedrę i jeszcze potem zrobiłam z niej notatki. A wieczorem notatki ze wstępu Podbielskiego do poetyki. Tak trzymać, dobrze jest!

niedziela, 17 maja 2009

Prawie po raz ósmy po raz trzeci

Ughhhhhh tym razem ja acting-outujuę. Dom się do niczego nie nadaje, wino u Danusi dobre było, samozaparcia żeby się zwlec - brak. A fe.

niedziela, 10 maja 2009

niedziela, 26 kwietnia 2009

Prawie po raz ósmy

Dobre chęci były, po obu stronach. Okoliczności nazwijmy to - wyższe, lub też niższe. Sama na placu boju nie bardzo się posunęłam do przodu, ale za to zrobiłam Dużo Pożytecznych Rzeczy. Np. schowałam słowniki do biblioteki po wczorajszych warsztatach, a to oznaczało konieczność definitywnego jej przemeblowania (dlaczego to działa tak, że wyjąć książkę można zawsze, ale włożyć z powrotem już niekoniecznie? kto podkrada miejsce na półkach?). Dawno to już trzeba było zrobić, i na chwilę jest ładnie i nic nie spada znikąd na głowę. Powiesiłam na biegunach sprawozdanie z dnia wczorajszego. I sprzątnęłam chlewik króliczy (sic!) z wymyciem kuwety (sik!) włącznie, wyniosłam śmieci (sic, sic, sic!) i pobawiłam się dla odmiany tym razem w ogrodniczkę. Na świeżym powietrzu. Oraz uwaga uwaga przed chwilą zapłaciłam zaległe rachunki, te bardziej (z pogróżkami) i te mniej (kwietniowy telefoniczny, tylko 2 dni po czasie!). Nie zapomniałam też łyknąć prochów i się nakarmić całkiem a całkiem pożywną strawą, co za sprawą Lipki znalazła się w piątek mojej lodówce. Aaa, last but not least: odbyłam telefoniczne konferencje z każdym z rodzicieli oraz z wyżej wspomnianą Lipką i do tego imieninowo ścignęłam wuja Mara, składając w imieniu Szczeżujstwa zamówienie na mlecza. Gdyby mi się jeszcze raport towerowy napisał, to mimo braku postępów naukowych byłabym dniem dzisiejszym w pełni usatysfakcjonowana. Miłe, drogie Samosię...?

sobota, 18 kwietnia 2009

Po raz siódmy

No właśnie. Byłyśmy, obie. A. tfurczo, ja mniej. Ale przeczytałam kawałek Teogonii i dowiedziałam się, że Afrodyta tak naprawdę narodziła się ze spermy nieszczęsnego Uranosa, a Medea znaczy tyle, co man's genitals. Hm. Jak to ujęła A. - chujka? Naprawdę?

niedziela, 5 kwietnia 2009

buu :(

Rano powieki ciężkie okrutnie i zapałki daleko. Czekając na smsa korzystam więc z grasse matinee. A tu nic. Hm. Może ją coś wessało? Postawa naukowa nakazywałaby nie zważając na okoliczności usiąść do Horacego. A tu duch ochoczy, ale ciało słabe... buuu :(

Po południu dzwoni ojciec, że jeszcze grzebie w przyszłościowo Aninym laptoku, i czy może jeszcze chwilę pogrzebać. Ja mu na to, że delikwentka póki co zaginęła w przestrzeni kosmicznej. Sprawdziwszy zaś misiowymi palcami przez telefon maila odkrywam pytanie z czwartku, com je nieświadomie zignorowała: zlotowlosa izoldo / czy my w sobote sie bedziemy doksztalcac czy w niedziele? pokrecilo sie mi. Przepraaaszam! Eh, ciężko, ciężko, gdy netu w domu brak. Odwyk jakiś, czy co? Tata zadowolony wraca do zabawy laptokiem, ja zdegustowana brakiem swej naukowej postawy i trochę zaniepokojona nieznanym losem współtowarzyszki niedoli idę na spacer na Powązki. Pachnie wiosną.

Tę niemoc warto by odpracować jakoś, bo za tydzień święta i znowu kicha. Coś nam się grupa wsparcia rozjeżdża.... ale wiosna jest i poprawimy się. Howgh. Niniejszym postanawiam.

sobota, 4 kwietnia 2009

awaria komunikacyjna

Sprawdziłam maila w czwartek po południu, i potem w piątek już nie. A tu się okazało mocno post factum, że mnie A. mailowo ścigała z pytaniem o weekend. Trochę mniej post factum, ale też ze 2h, odkryłam pościgowego smsa, co go byłam i przespała. Hallo, czy my sobotniujemy, czy niedzielniujemy w ten weekend? Zawstydzona oddzwaniam więc precyzując, że planowałyśmy niedzielniować. A. w ferworze porządków mówi, że to ją bardzo urządza i brzmi całkiem dziarsko. Wracam więc do nory pod kołdrę, myśląc, że jutro mnie spod niej wyciągnie.

sobota, 28 marca 2009

po raz szósty

A za to dziś skutecznie, pomimo niespodzianek lokalizacyjnych. Ja dla odmiany zdradzam Horaca z Homerem przed poniedziałkową konfrontacją z Su, Ania chyba wierna Rusowi. Nie jest to najbardziej efektywne z naszych spotkań, za to całkiem miłe. Ciepło na dworze, kościół za oknem i obiad pyszny. Z planów kinowych wyszła lekka kicha, no ale nie można mieć wszystkiego może? Napisane więc 2 zdania, przeczytane 7 wersów. Ryjem i do przodu. Oby do przodu. Tempo mniej istotne.

niedziela, 22 marca 2009

po raz nieomalże szósty

A jutro, czyli dziś, było futro i nastąpiły komplikacje. W wyniku których dzień wagarowicza w drugim dniu wiosny obszedł był swoje poprawiny. Nie jest Leukonoe dumna z tego za bardzo, ale aura zupełnie zapomniała, w jakim metrum odczytać powinna solvitur acris hiems i zawstydzona blondyna schowała nos pod kołdrę. Z mocnym postanowieniem poprawy.

sobota, 21 marca 2009

dzień wagarowicza

- Ahem, czy możemy jutro zamiast dziś? Tak jakby zaspałam... - bzyknął do mnie sms z położonej obok poduszki komórki, w porze dopiero co popołudniowej. Starając się trafić w odpowiednie klawisze odpowiedziałam mu równie sennie:
- Możemy, choć obawiam się, że wtedy do jutra nie wstanę... - myśl ma na chwilę zawisła w przestrzeni kosmicznej by po chwili powrócić kojącą odpowiedzią:
- To śpijmy dalej ;-) Jutro Cię zwalę z barłoga.
Jak na dobrze wychowane dziewczę przystało, odpisałam więc jeszcze:
- To dobranoc! - ...i z radością zakopałam się z powrotem.

Tak oto upłynął nam zatem pierwszy dzień wiosny, co to chyba jeszcze nie zauważył, że zima podobno się skończyła. W pierwszy wiosenny dzień Leukonoe zatem senną była. Biorąc pod uwagę zapomnianą przeze mnie z dawien dawna prastarą tradycję dnia wagarowicza można chyba uznać jej nieobecność za usprawiedliwioną?

niedziela, 15 marca 2009

po raz piąty: senna niedziela

Dziś sennie. Nie licząc pierwszej niedzieli słabości i spania, to już nasz piąty raz! Dziś była niedziela próby mocy i spania, bo każda zasypiała nad swoim nieszczęściem. Ale obie się z barłogu wywlekłyśmy, to już pierwszy krok do sukcesu.
A. obkleiła cytaty żółtymi kwiatkami i napisała parę zdań, ja przekartkowałam Ogrodzińskiego gryzmoląc mu po marginesach (czy ktoś kiedyś rozliczy mnie z tych wszystkich bibliotecznych książek, po których gryzmolę bez skrupułów? Ołówkiem, ale gryzmolę...).
Nie największe to może osiągnięcie, ale zawsze jakiś krok. A przynajmniej kroczek. No i tydzień miniony też w sumie obfitował w kroczki rozliczne, z których miejmy nadzieję że nie więcej niż połowa była nie na temat. Więc nie jest źle, mogło być gorzej. Czasem w życiu zdarza się - deszczowy dzień. No i na pocieszenie telefon Moniki, która też się do swojej roboty zabrać nie mogła. Zatem solidarne byłyśmy, wszystkie 3.

PS Osiągnięciem niebagatelnym, acz z innej działki, jest za to pozbycie się choinki. Chwała A. i jej bojowemu nastrojowi, sama bym tego przez następny miesiąc jeszcze pewnie wciąż nie zrobiła...

sobota, 7 marca 2009

po raz czwarty: solidarnie w narzeczu

Ja dla odmiany duet Horacy + Leuconoe. Przedzieram się przez niemożliwie kwiecisty tekst pana Jean-Yves Maleuvre o Odach, solidaryzując się w czytaniu w narzeczu. Próbuję z niego coś wynotować potem metodą kasowania wodolejstwa, ale sprowadza się to do redukcji tekstu o połowę, czyli wciąż 5 stron. Eh, kiedy nauczę się wybierać... rezygnować... tracić... Potem rozmawiam z Karoliną o pomysłach pana żabojada i trendach w badaniach literackich.
Ania kończy czytać Rousseau i zapowiada groźnie, że za tydzień coś napisze.

Horacy na dziś:

sobota, 28 lutego 2009

po raz trzeci: ciągle czytelnia

Ania dalej czyta Rousseau, uzbrojona w różowy flamasterek. Ja porządkuję pliki i bibliografię, czytam parę xerówek i wypisuję z nich co lepsze kawałki. Czyli:
1) Ogrodziński o Petrycym
2) Bruckner o Petrycym
3) J. R. Kaczyński Problemy z Leukonoe
4) J. Zawadzki Horacy o języku i słowach

Dobrze jest! Nieco maniakalnie, ale dobrze.

niedziela, 22 lutego 2009

po raz drugi: w pozycji głównie horyzontalnej

Tym razem w sobotę. Ania czyta Rousseau, ja zdegustowana Leukonoe robię chwilowy skok w bok. Jako że właśnie przestałam rozpaczać nad egzaminem, co to nań nie dotarłam, i postanowiłam doczytać do niego co trzeba i spróbować się umówić z Krzysiem w okolicach Wielkiejnocy. Czytam więc Elowego Kocura, do tematu nr 3 o roli chóru w dramacie. I notatki śliczne robię. Szkoda, że nie kończę, i że brakuje części chyba najistotniejszej, czyli F: Funkcja chóru. Trzeba to skończyć.

niedziela, 15 lutego 2009

po raz pierwszy: rekonesans & próba generalna

A jednak nam się udaje. Ania przynosi kilogramy makulatury, 3 paczki siana dla Szczeżujstwa, obwąchuje i zaznacza teren, instaluje co trzeba. Po drodze pyta mnie:
- Masz alkohol?
- Jakiś mam... ajerkoniak i nalewki...

A tu się okazuje, że to alkohol przez ch miał być. W dodatku 120%. Nie miałam. Ja bez fajerwerków, ale coś tam dziubnęłam. Przerobiłam wordową listę przekładów na tabelkę, nareszcie mogę zmienić marginesy. Odpisałam prof. Ax., co to próbuje się wykpić. I porozdzierałam trochę szaty po cichu, bo jakoś wizji pracy na razie brak. Ania poczytała własną tfurczość, coś wklepała i polazła. Ja zaś mocnym postanowieniem poczytania czegoś do egzaminu z dramatu zasnęłam słodko.

sobota, 7 lutego 2009

falstart

...czyli "niedziela słabości i spania". Z mojej strony osiągnięcie w postaci odgruzowania domu i okolic okołoszczeżujskich. I ciasto upiekłam! Piszę maila do prof. Ax. i dziubdziam sobie plik z przekładami. Z częścią merytoryczną postanawiam (a raczej: Samosię postanawia) solidarnie zaczekać na Anię.